Nie cichnie sprawa brawurowej kradzieży Pomnika Andruta Kaliskiego. Przed trzema dniami stojącą od tygodnia pod ratuszem rzeźbę ukradło sześciu mężczyzn. Skala przestępstwa porównywana jest z tajemniczym zniknięciem obrazu Rubensa z kościoła św. Mikołaja, bo chociaż policja już namierzyła rabusiów, to nadal nie wiadomo, gdzie jest Pomnik.
Kradzież zarejestrowały kamery zainstalowane na Głównym Rynku. Na podstawie materiału filmowego sporządzono portrety pamięciowe młodych ludzi, które trafiły do m.in. kaliskiego szpitala. – Rzeczywiście, dzień po kradzieży zgłosiło się do nas ośmiu mężczyzn z ostrymi bólami brzucha i mdłościami. Dawno nie mieliśmy tutaj tak przejedzonych pacjentów – opowiada szef oddziału ratunkowego w szpitalu na ul. Poznańskiej. – Byli podobni do podejrzanych z portretów pamięciowych, więc po udzieleniu pierwszej pomocy przekazaliśmy ich policjantom.
Mężczyźni najpierw ściągnęli pomnik z niedużego cokołu stojącego pod ratuszem, a następnie wspólnymi siłami przenieśli w kierunku parku. – Częściowo toczyli rzeźbę po bruku, częściowo nieśli na plecach. Tak dotarli do parku, gdzie spotkali dwóch kolejnych podejrzanych i tam ślady się urywają – mówią policjanci. – Znaleźliśmy co prawda wiele okruchów andrutów na parkowych alejkach, ale mało to ludzi je w parku andruty?
Antoni Wafel-Dłutko, autor projektu, zapewnia, że rzeźba nie była jadalna. – Na pewno nie cała – wyjaśnia. – Pomnik wykonany był z konstrukcji żelaznej i naturalnej masy. Masę można było zjeść tylko wtedy, jeśli dodało się wody i cukru. Jeśli ci panowie zjedli masę, to gdzieś musi być żelazny szkielet mojej rzeźby!
Badania krwi wykazały, że podejrzani dwudziestolatkowie przed kradzieżą palili marihuanę, która może wywołać duży głód, ale tak policjanci, jak i rzeźbiarz nie wierzą jednak, że raptem osiem osób mogło zjeść blisko czterysta kilogramów andrutów. – Nasza dokładna ekspertyza ustali, czy podejrzani zjedli pomnik. Dowiemy się też, czy jeszcze ktoś im w tym pomógł. Na razie pomnika szukamy, ale nie w żołądkach tych młodych ludzi – podkreślają.
Kaliszanie są oburzeni kradzieżą, ale przyznają, że apetycznie wyglądająca i pachnąca rzeźba rzeczywiście mogła kogoś skusić. – Szkoda tylko, że złodzieje się z nami nie podzielili, bo żal byłby mniejszy. I szkoda też, że np. Urząd Miejski nie jest z czekolady, a fontanna Nastroje z waty cukrowej – mówią.

Rośnie konkurencja dla kaliskich salonów fryzjerskich. Aktorzy Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, zachęceni sukcesem spektaklu „Szalone nożyczki”, otwierają własny zakład.